Strona Główna Księgarnia/Bookshop Gazeta Niedzielna GN Wydawnictwo Kontakt
 Nowy katalog!
    summer2008.pdf
Kościoły Polskie
w Wielkiej Brytanii
Polska Misja Katolicka
Parafia Londyn-Islington
Parafia Forest Gate - Ilford
Parafia w Ipswich
Ośrodek Polski w Ilford Park
Parafia w Great Missenden
Parafia w Crewe
Parafia w Lancaster
Parafia w Liverpool
Parafia w Rochdale i w Oldham
Parafia w Scunthorpe
Parafia w Southampton
Parafia w Waltham Cross
Parafia w Manchester
Parafia Luton/Dunstable
Parafia w Newcastle upon Tyne
Parafia w Northwich
Parafia w Peterborough
Parafia Londyn - Putney
Polska Wspólnota Katolicka w Derby
Polski Ośrodek w Penrhos
Polska Parafia w Huddersfield
Wśród róż
Szymon Gurbin
Aylesford po raz kolejny gościło polskich pielgrzymów. To malownicze maryjne sanktuarium w hrabstwie Kent jest miejscem, gdzie można odpocząć, sycąc się otaczającym pięknem przyrody i architektury, przede wszystkim jednak tutaj można uklęknąć, by razem z Maryją, w modlitwie, wpleść się w niezwykłą Tajemnicę Wcielenia Boga, który rodząc się na tym świecie z kobiety, był wśród nas, Kochał aż do dramatu Krzyża, został zabity i zmartwychwstał. Maryja była drogą Boga do ludzi. Teraz, wpatrzeni w Jej pokorę i Jej wiarę w Boga, Ona w sposób doskonały pokazuje jak daleko człowiek może żyć w miłości z Bogiem. Jak bardzo może Mu zaufać. Pośród murów karmelitańskiego opactwa w Aylesford jest szczególne miejsce. Mnóstwo zieleni, pośrodku rozłożyste drzewo, wokół ścieżka, a wzdłuż niej róże. Cała masa róż. Między nimi niewielkie płaskorzeźby ilustrujące poszczególne tajemnice różańcowe. Z tłumu pielgrzymów co jakiś czas odrywały się jakieś osoby, by w tym zaciszu szeptać, powtarzać i powtarzać: „Błogosławiona jesteś między niewiastami...” Ktoś kiedyś powiedział, że to jak katolicka mantra... Może... Czasem jednak nie idzie o poruszającą elokwencję, o barokową ozdobność wypowiadanych fraz... Chcąc zatopić się w Miłości Boga trudno znaleźć w swojej codziennej drodze lepszy punkt odniesienia od „Amen” wypowiedzianego przez usta młodej Maryi. Dlatego bądź pozdrowiona Mario, jesteś pełna Łaski, Pan jest z Tobą... Poniżej drukujemy słowa z kierowanej do polskich pielgrzymów wypowiedzi rektora PMK w Anglii i Walii ks. prał. Tadeusza Kukli oraz najistotniejsze fragmenty homilii o. Jacka Salija OP. więcej...
 
„Chociażbyś mnie zabił”
Wacław Oszajca
W USA ukazały się właśnie listy błogosławionej Matki Teresy z Kalkuty. Jeszcze przed publikacją było o nich głośno. Jedni widzą w nich dowód na zakłamanie, hipokryzję, zarówno autorki jak i całego Kościoła. Bo niby jak inaczej można odbierać wyznania kobiety, która nie tylko, że ma wątpliwości, ale wprost twierdzi, że nie wierzy w Boga i jednocześnie w imię tegoż Boga wyznawców innych religii nawraca. Drudzy przeciwnie, mówią, jak choćby kard. Julian Herranz, członek rady kardynałów Kongregacji ds. Beatyfikacji i Kanonizacji, że „życie świętych jest pełne podobnych wyznań”, i dodaje, że „Proces kanonizacyjny nie będzie uwarunkowany przez te listy”. Rzeczywiście, wystarczy sięgnąć po dzieła Jana od Krzyża, Teresy od Dzieciątka Jezus, Zdenki Schelingovej, czy wiersze poety-mistyka Anioła Ślązaka, by się przekonać, iż Matkę Teresę nie spotkało nic nadzwyczajnego, pod warunkiem, że wiarę traktuje się z powagą, na jaką zasługuje, lub przynajmniej z góry nie zalicza się jej w poczet bajek dla ciemniaczków. więcej...
 
Religijne zawirowania
Anna Stadnicka
Biskupi polscy z radością przyjęli zapewnienie byłego ministra edukacji, Romana Giertycha, o wliczaniu oceny z religii do średniej. Dlatego też niemałą burzę wywołała wypowiedź nowego ministra, prof. Ryszarda Legutki, że decyzję swego poprzednika chce zmienić. Sytuację uratował, nie pierwszy zresztą raz w sprawie szkolnictwa, sam premier Kaczyński. Uspokoił tym samym mocno już zdenerwowanych hierarchów polskiego Kościoła, czy to gdańskiego, czy toruńskiego, czy łagiewnickiego, którzy w tym momencie jednym głosem powiedzieli ministrowi Legutce: nie. więcej...
 
Decydujące starcie?
Tomasz P. Terlikowski
Ujawnienie przez media wystąpienia kard. Stanisława Dziwisza na temat Radia Maryja daje (niewielką) nadzieję na jakieś rozwiązanie problemów związanych z rozgłośnią. I to nie dlatego, że coś się realnie zmieniło, ale dlatego, że utrzymanie toruńskiego status quo oznaczałoby osobistą przegraną metropolity krakowskiego. więcej...
 
Tworzyć z pasją
Sławek Fiedkiewicz
Pochodzą z różnych stron Polski. Do Londynu przyjechały tylko na chwilę – podszkolić się w języku angielskim. Minęło kilka lat, a one nadal tu są. Marzena ukończyła London College of Communication, Agata – Univeristy of Greenwich. Dwie różne szkoły, jeden wydział – fotografia. więcej...
 
Maleńki, zasuszony Mamut
Jacek Przechodzień
Głęboko w podświadomości polskich inteligentów (a słowem tym określić można starzejące się resztki tego gatunku, które napotkać można wśród zwałów kurzu wymiatanego spod szaf bibliotecznych, w postaci maleńkich, zasuszonych mamutów) tkwi obraz wyznaczający miejsce właściwe dla polskiego inteligenta raz na zawsze. A żeby wprawić się we właściwy nastrój, pamiętajmy, że „zawsze” tego gatunku właśnie się kończy. Jest to obraz Jana Matejki o długim tytule: „Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska”. więcej...
 


PEŁNY TEKST ARTYKUŁÓW

Wśród róż
Szymon Gurbin
Aylesford po raz kolejny gościło polskich pielgrzymów. To malownicze maryjne sanktuarium w hrabstwie Kent jest miejscem, gdzie można odpocząć, sycąc się otaczającym pięknem przyrody i architektury, przede wszystkim jednak tutaj można uklęknąć, by razem z Maryją, w modlitwie, wpleść się w niezwykłą Tajemnicę Wcielenia Boga, który rodząc się na tym świecie z kobiety, był wśród nas, Kochał aż do dramatu Krzyża, został zabity i zmartwychwstał. Maryja była drogą Boga do ludzi. Teraz, wpatrzeni w Jej pokorę i Jej wiarę w Boga, Ona w sposób doskonały pokazuje jak daleko człowiek może żyć w miłości z Bogiem. Jak bardzo może Mu zaufać. Pośród murów karmelitańskiego opactwa w Aylesford jest szczególne miejsce. Mnóstwo zieleni, pośrodku rozłożyste drzewo, wokół ścieżka, a wzdłuż niej róże. Cała masa róż. Między nimi niewielkie płaskorzeźby ilustrujące poszczególne tajemnice różańcowe. Z tłumu pielgrzymów co jakiś czas odrywały się jakieś osoby, by w tym zaciszu szeptać, powtarzać i powtarzać: „Błogosławiona jesteś między niewiastami...” Ktoś kiedyś powiedział, że to jak katolicka mantra... Może... Czasem jednak nie idzie o poruszającą elokwencję, o barokową ozdobność wypowiadanych fraz... Chcąc zatopić się w Miłości Boga trudno znaleźć w swojej codziennej drodze lepszy punkt odniesienia od „Amen” wypowiedzianego przez usta młodej Maryi. Dlatego bądź pozdrowiona Mario, jesteś pełna Łaski, Pan jest z Tobą... Poniżej drukujemy słowa z kierowanej do polskich pielgrzymów wypowiedzi rektora PMK w Anglii i Walii ks. prał. Tadeusza Kukli oraz najistotniejsze fragmenty homilii o. Jacka Salija OP.
Człowiek, Kobieta,
Matka Boga

Podczas Mszy św. odprawionej w Aylesford dla polskich pielgrzymów, homilię wygłosił dominikanin o. Jacek Salij.
Odwołując się do wielu biblijnych cytatów, znany kaznodzieja przedstawił postać Maryi jako wybranej przez Boga kobiety, która wśród wszystkich pokoleń w dziejach ludzkości jest człowiekiem wyjątkowym, która odegrała tak bardzo ważną
rolę w historii zbawienia.
Nawiązując do Listu do Galatów o. Salij zwrócił uwagę pielgrzymów na zdanie, nad którym, jak powiedział, zazwyczaj prześlizgujemy się i nie zauważamy jego przekraczającej ludzkie zrozumienie głębi: .


Najbardziej
niezwykła z ludzi
W naszym pierwszym odruchy pytamy, co takiego zdumiewającego jest w tym, że Pan Jezus narodził się z kobiety – zastanawiał się dominikanin. „Każdy z nas narodził się ze swojej matki. Właśnie to jest czymś zdumiewającym – że Bóg w swoim miłosierdziu postanowił dać nam swojego Syna, aby stał się jednym z nas. Aby podobnie jak każdy z nas urodził się matki – człowieka. Maryja jest jedynym człowiekiem, spośród wielu miliardów ludzi ze wszystkich pokoleń, któremu przyszło wypełnić posługę bycia matką Syna Bożego. Tutaj z góry musimy założyć, że tego nie pojmiemy. Możemy jedynie Boga wysławiać. Wpatrujemy się w świętość Maryi, ale tego do końca nie pojmiemy” – podkreślił o. J. Salij.
Jednak dzięki temu, jak mówił podczas swojej homilii dominikanin, mogliśmy . O. Salij przypomniał, że tymi słowami zachwycił się papież Leon Wielki: „Co za cudowna boska wymiana – wziął od nas ludzką naturę, żeby nas obdarzyć swoją boską naturą, żebyśmy byli dziećmi Bożymi, uczestnikami synostwa Syna Jednorodzonego, który jest Bogiem Prawdziwym, równym swojemu Przedwiecznemu Ojcu.”
Aby zrozumieć rolę, jaką w Bożym Planie Zbawienia odegrała Maryja, o. Salij zwrócił uwagę na kluczowe słowa przewijające się przez wiele biblijnych fragmentów. Jak mówił, ważny jest sposób, w jaki Chrystus zwracał się do Maryi: . Krakowski dominikanin zwrócił uwagę, że jest to jeden z elementów „wypełnienia pierwszego proroctwa, o którym czytamy w Biblii, kiedy po upadku Adama i Ewy Bóg powiada do szatana: . (Rdz 3, 15)
Oto wypełniają się tamte proroctwa, oto już jest wśród ludzi potomek tamtej niewiasty, który zmiażdżył głowę naszemu wrogowi – temu, który chciał nas pozbawić Boga, który chciał nas pozbawić życia wiecznego” – mówił o. Salij.
Jego zdaniem już w Kanie mamy zapowiedź tego obrazu Maryi, który powinniśmy przełożyć na nasze chrześcijańskie życie. Maryja mówi tam do weselnych sług: (J 2,5). Nawiązując do tamtego wydarzenia, o. Salij zapewnia: „Patrząc na Maryję, wsłuchując się te rady, które chciałaby nam udzielić, wiemy że nie zbłądzimy.”
Idąc dalej, dominikanin przypomniał, że jeszcze jeden raz, na Krzyżu, Jezus zwrócił się do swojej Matki: . (J.19, 26) „To jest niepojęte Boże Miłosierdzie, niepojęta Boża łaskawość” – mówił kaznodzieja. „On – syn Boży, chce, aby Jego matka była naszą matką. Maryja, rzecz jasna, nie z samej siebie, ale z Bożego wyboru, z Bożego miłosierdzia jest źródłem świętości. Ona urodziła Tego, który sam jeden jest święty. Tego, który jedynie może nas obdarzyć świętością, który może uczynić nas uczestnikami swojej świętości” – tłumaczył w swojej homilii o. Salij.

Uwierzyła
„Matka Najświętsza była Arką Przymierza. W Starotestamentowej Arce przechowywane były tablice Dekalogu. Maryja natomiast nosiła w sobie przez 9 miesięcy Tego, który jest samą Miłością, który jest Prawodawcą, Który ma moc obdarzać nas zdolnością, żebyśmy byli wiernymi Bogu, wiernymi wypełnianiu Jego przykazań.
W Ewangelii Łukasz podkreśla wiarę Maryi. Przytacza słowa Elżbiety: (Łk 1,45) mówi Elżbieta, kiedy spotyka się z Matką swojego Pana.
“Błogosławiona jesteś między niewiastami” – powtarzamy te słowa codziennie, a warto zastanowić się nad niezwykłą ich treścią – zauważył o. Salij. Podkreślił, że są to słowa ze Starego Testamentu, które pojawiają się dwa razy, przy okazji opowieści o dwóch niezwykłych kobietach: Jael i Judycie (Sdz 4, 24; Jdt 13,18). Każda z nich, jak przypomniał dominikanin, ze szczególnym męstwem, narażając własne życie, uśmierciła przeciwnika w chwili dla Izraela szczególnie trudnej.
„Nie przypadek, że Ewangeliści mówią o Maryi – błogosławiona jesteś między niewiastami” – twierdzi o. Salij. „Jael zmiażdżyła głowę Sisery, Judyta, przyniosła głowę Holofernesa. A w przypadku Maryi – Jezus Chrystus zwyciężył naszego wroga na Krzyżu na Górze Kalwarii.”
“Jeżeli my chcemy szczerze mówić: , to pozwalajmy Jej, żeby za Jej przyczyną, z Jej Pomocą głowa naszego nieprzyjaciela w naszym osobistym życiu była zmiażdżona. Nasz nieprzyjaciel nieodwołalnie został już pokonany na Górze Kalwarii, ale ciągle jeszcze ma moc zwyciężania nad poszczególnymi ludźmi” – przestrzegał o. Salij.

Święta
Przywołując słowa Jana Pawła II, o. Salij przypomniał, że chrzest to powołanie do świętości, do tego, żebyśmy uczestniczyli w Bożym synostwie. „Kiedy kapłan pyta rodziców, czy chcą, aby ich dziecko przyjęło chrzest, tak naprawdę pyta ich o to, czy chcą, aby było święte.”
“Na ile nam tak naprawdę zależy na tym, abyśmy byli uczestnikami świętości Bożej, żebyśmy mogli otrzymać przybrane Boże synostwo?” – pytał w Aylesford dominikanin.
Jeśli chcemy dążyć do świętości, o. Salij radzi nam w naszej wędrówce przed oblicze Najwyższego wpatrywać się w Matkę Zbawiciela. „Mamy matkę. Naszą Matką z woli Jej jedynego Syna” – powiedział o. Salij. Ona jest wzorem relacji między człowiekiem i Bogiem. „Wierzyć w Boga to nie jest tylko wierzyć w Jego istnienie. Wierzyć w Boga to znaczy wiedzieć, że Pan Bóg jest absolutnie na pierwszym miejscu. Jeżeli Pana Boga kochamy naprawdę najbardziej, kiedy On jest w naszym życiu na pierwszym miejscu, to wtedy wszystko w tym naszym życiu układa się tak, jak powinno być ułożone”.


Wierność łasce

Wśród wielu zleconych nam przez Boga zadań, jest jedno najważniejsze, bez którego nie można mówić o powołaniu godnym człowieka. Jest to życie w łasce uświęcającej, życie w przyjaźni z Bogiem.
To życie Boże w nas należy nieustannie rozwijać, pomnażać przez otwarcie się na Boga i Jego dary, dochowując wierności konkretnym przykazaniom Bożym.
Patrząc na niepokój ludzi, na ciągłe poszukiwanie sensu życia, na nieporadność w wykonywaniu naszych zadań, umiejmy wsłuchiwać się w głos Kościoła. On zwraca naszą uwagę na osobę, która umiała odpowiedzieć swemu powołaniu, która uczyniła to w sposób najdoskonalszy. Tą osobą jest Niepokalana Bogarodzica Dziewica Maryja. Właśnie Ta, która w tym sanktuarium zaznaczyła swoją obecność, objawiając się generałowi zakonu karmelitów Szymonowi Stock 16 lipca 1251 roku, przekazując nam szkaplerz – znak chrześcijańskiej wiary. Znak maryjny.
Właśnie tutaj w Aylesford pragniemy wpatrywać się w Maryję i uczyć się od Niej realizacji naszego powołania do świętości. Nikt tak jak Ona nie potrafi nauczyć nas wiernego kroczenia za Jezusem. Dlatego hasło tegorocznej naszej pielgrzymki brzmi: „Powołanie do życia w łasce uświęcającej. Maryja wzorem świętości”.
Prośmy Ją dzisiaj, na tym świętym miejscu, by pomogła nam poznać i zrozumieć wielkość naszego powołania. Prośmy Ją, by nauczyła nas swoim przykładem, że najważniejszą sprawą jest wierność łasce, choćby za cenę walki posuniętej aż do granic heroizmu. Maryja jest wzorem realizowania naszego powołania do świętości.
ks. prałat Tadeusz Kukla
Rektor Polskiej Misji Katolickiej
W Anglii i Walii

 

„Chociażbyś mnie zabił”
Wacław Oszajca
W USA ukazały się właśnie listy błogosławionej Matki Teresy z Kalkuty. Jeszcze przed publikacją było o nich głośno. Jedni widzą w nich dowód na zakłamanie, hipokryzję, zarówno autorki jak i całego Kościoła. Bo niby jak inaczej można odbierać wyznania kobiety, która nie tylko, że ma wątpliwości, ale wprost twierdzi, że nie wierzy w Boga i jednocześnie w imię tegoż Boga wyznawców innych religii nawraca. Drudzy przeciwnie, mówią, jak choćby kard. Julian Herranz, członek rady kardynałów Kongregacji ds. Beatyfikacji i Kanonizacji, że „życie świętych jest pełne podobnych wyznań”, i dodaje, że „Proces kanonizacyjny nie będzie uwarunkowany przez te listy”. Rzeczywiście, wystarczy sięgnąć po dzieła Jana od Krzyża, Teresy od Dzieciątka Jezus, Zdenki Schelingovej, czy wiersze poety-mistyka Anioła Ślązaka, by się przekonać, iż Matkę Teresę nie spotkało nic nadzwyczajnego, pod warunkiem, że wiarę traktuje się z powagą, na jaką zasługuje, lub przynajmniej z góry nie zalicza się jej w poczet bajek dla ciemniaczków.
Z wielu medialnych doniesień można też wyczytać zdziwienie jeszcze innego typu. Mimo, że listy Matki Teresy znane są od lat, podobnie jak twórczość wspomnianych już autorów, wielu jakby pierwszy raz o czymś podobnym słyszy i widzi. Wśród tych wielu jest zapewne sporo katolików, polskich również. Ten brak podstawowej wiedzy religijnej przejawia się choćby w popycie na bałamutne książczyny typu „Kod Leonarda”, czy niby przedstawień teatralnych, jak choćby “Corpus Christie” wystawiany w Edynburgu, gdzie Ostatnia Wieczerza składa się z hamburgera i gazowanego napoju z McDonald’s. Pocałunek Judasza jest namiętnym pocałunkiem w usta, a Piłat pyta tłum, kogo ma uwolnić: geja czy Barabasza.
Tymczasem, kto jak kto, ale my powinniśmy już coś na ten temat wiedzieć więcej. Jak nie ze szkoły, wspomniany już Angelus Silesius, to z kościoła – siostra Faustyna Kowalska. Szukać daleko nie musimy, wystarczy udać się do najbliższej, poważniejszej księgarni i zakupić „Dzienniczek” siostry Faustyny, by się zapoznać z klasyką chrześcijańskiej literatury mistycznej i zobaczyć, że listy Matki Teresy nie mają w sobie nic z prowokacji, ale doskonale wpisują się w długą tradycję życia religijnego, duchowego, żydów i chrześcijan.
Zanim jednak dostaniemy wspomniane listy, przyjrzyjmy się troszeczkę świętej Faustynie z Polski. Ta kobieta po trzech, czy czterech latach szkoły powszechnej, zżerana przez gruźlicę, jak też przez brak zrozumienia i zazdrość niejednej ze współsióstr i przełożonych, mówi: „padałam twarzą na ziemię przed Najświętszym Sakramentem i powtarzałam te słowa: Chociażbyś mnie zabił, ja Ci ufać będę. Zdawało się, że konam w tych boleściach. Kiedy tak strasznie byłam uciśniona tymi cierpieniami, weszłam do kaplicy i powiedziałam z głębi duszy te słowa: Czyń ze mną, co Ci się podoba. Ja Ciebie wszędzie uwielbiać będę. (...) Widzę teraz, że jak Bóg chce duszę trzymać w ciemności, to nie oświeci jej ani żadna książka, ani spowiednik”. Słowa straszne i piękne. Skąd jednak takie nierozerwalne połączenie cierpienia i szczęścia? Radości i bólu? Całkowitego zjednoczenia i niemożliwej do przekroczenia, pokonania, odrębności, żeby nie powiedzieć obcości? Skąd to rozdarcie w człowieku, który, skoro wierzy, powinien być słoneczny, rozradowany, uśmiechnięty, jednym słowem przeszczęśliwy?
Odpowiedź na te pytania jest w gruncie rzeczy prosta, zwyczajna, jak przysłowiowy powszedni dzień, czy chleb. Tak przecież wygląda miłość. Miłość między ludźmi, a więc i między ludźmi i Bogiem również. Wiara przecież nie jest tylko „uznaniem za prawdę tego, czego Kościół naucza”, ale jest zaprzyjaźnieniem się, zakochaniem w Bogu. Nauczanie kościelne, a więc to wszystko, co jest w Biblii, w dekretach soborowych, w papieskich dokumentach, to, o czym mówi się na katechezie i na ambonie, jak też cała teologia ma jeden cel: Zapoznać człowieka z Bogiem w nadziei, że człowiek polubi Boga, zaufa Mu, zawierzy i zacznie z Bogiem współżyć, współistnieć. Zupełnie podobnie, jak się to dzieje na przykład w małżeństwie i jak o tym mówi „Pieśń nad pieśniami” i Paweł Apostoł.
Dla Faustyny Kowalskiej, jak i wszystkich innych mistyków, nie koniecznie wyłącznie katolickich, czy chrześcijańskich, Bóg nie jest zbiorem prawd i wartości, w które trzeba wierzyć i które trzeba bronić, i których trzeba przestrzegać, ale jest kimś drugim, kimś, kto jednak, właściwie przede wszystkim, nieskończenie przekracza wszystko, co my ludzie wiemy o sobie i świecie. Stąd, z samej natury rzeczy, miłość człowieka do Boga z góry skazana jest na głód, podobny do tego, jaki znamy, jaki powoduje w nas przyjaźń i miłość do ludzi. Z jednej strony znamy szczęście, jakie daje nam miłość, a z drugiej strony wiemy, że to szczęście tylko wzmaga nasz apetyt na jego pełnię, na szczęście pełne, bezustanne, jednym słowem wieczne.
No dobrze, powie ktoś, ale jaki tam ze mnie mistyk? Ja zajmuję się zarabianiem pieniędzy, przemyśliwaniem, jak tu związać koniec z końcem, czasu na nic nie mam i niby jak tu jeszcze mam być mistykiem? Tymczasem jezuicki teolog, z którym, notabene, obecny papież jeszcze jako profesor, toczył nieustanny spór, ojciec Karl Rahner powiedział, że chrześcijanin przyszłości albo będzie mistykiem, albo go w ogóle nie będzie. Z tego by wynikało, że pomiędzy życiem codziennym i mistyką nie musi istnieć przepaść. Oddajmy głos Faustynie: „O życie szare i monotonne, ile w tobie skarbów. Żadna godzina nie jest podobna do siebie, a więc szarzyzna i monotonia znikają, kiedy patrzę na wszystko okiem wiary. Łaska, która jest dla mnie w tej godzinie, nie powtórzy się w godzinie drugiej. Będzie mi dana w godzinie drugiej, ale już nie ta sama. Czas przechodzi, a nigdy nie wraca. Co w sobie zawiera, nie zmieni się nigdy; pieczętuje pieczęcią na wieki”.
A zatem, mistyk, to nie abnegat, życiowy niedorajda, lub ktoś genialnie wyjątkowy, ale człowiek, który żyje chwilą, tym czasem, tymi sprawami, które teraz się dzieją. Nie tkwi on w przeszłości i nie ucieka w przyszłość. Wie, że najważniejsze dzieje się w tej chwili. Teraz mogę za sobą zamknąć przeszłość, naprawiając zło, które wczoraj popełniłem i do dnia jutrzejszego przenieść to, co było dobre. Faustyna, jeśli czeka na dzień jutrzejszy, a w ostatecznym rozrachunku na niebo, to tylko dlatego, że już teraz poznała jego smaki. Dla niej nie ma dwu światów. Ten tutejszy, ziemski, materialny i przez to w gruncie rzeczy bez wartości, oraz ten drugi, wiecznie szczęśliwy, duchowy i wieczny, czyli niebo. Nie ma dwu światów dlatego, że to co najważniejsze, Bóg, jest wszędzie. Bowiem Bóg Biblii, z innymi bogami różnie bywa, tak doskonale wrósł w materię, w ziemię, w Kosmos, że jest Go tutaj aż za dużo. I właśnie to „za dużo” mistyk, czyli każdy chrześcijanin, umie dostrzec.
A jakie są tego skutki? A no takie, że człowiek nawet chorując na nieuleczalną chorobę, leżąc w szpitalu, na parę miesięcy przed śmiercią, której oczywiście się boi i której jednocześnie pragnie, notuje w swoim „Dzienniczku”: „Separatka moja jest obok sali mężczyzn; nie wiedziałam, że mężczyźni są takimi gadułami, od rana do późnej nocy rozmowy na różne tematy, o wiele jest ciszej na sali kobiet. Zawsze kobietę stawia się pod ten zarzut – jednak miałam sposobność się przekonać”.
I jak tu nie kochać świętych? Również wtedy, gdy nawet najprostszego zdania nie potrafią zbudować poprawnie.

 

Religijne zawirowania
Anna Stadnicka
Biskupi polscy z radością przyjęli zapewnienie byłego ministra edukacji, Romana Giertycha, o wliczaniu oceny z religii do średniej. Dlatego też niemałą burzę wywołała wypowiedź nowego ministra, prof. Ryszarda Legutki, że decyzję swego poprzednika chce zmienić. Sytuację uratował, nie pierwszy zresztą raz w sprawie szkolnictwa, sam premier Kaczyński. Uspokoił tym samym mocno już zdenerwowanych hierarchów polskiego Kościoła, czy to gdańskiego, czy toruńskiego, czy łagiewnickiego, którzy w tym momencie jednym głosem powiedzieli ministrowi Legutce: nie.
Cała burza rozpętała się tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, w ostatnich tygodniach sierpnia. Wrzesień przyszedł, dzieci i młodzież znów zasiadły w szkolnych ławach, młodsi już w mundurkach, a dyrektorzy niektórych szkół mogą już rwać sobie włosy w głów. Dobrym przykładem jest małe gimnazjum we wschodniej Polsce. Wszyscy uczniowie uczęszczają na lekcje religii, prócz jednego chłopca, który jest świadkiem Jehowy. Do tej pory sprawa była prosta – religia była pierwszą lub ostatnią lekcją, więc chłopiec po prostu nie był wtedy w szkole, gdyż organizowanie etyki dla jednego ucznia w tak małej szkole jest po prostu nieopłacalne. Od września wszystko się musiało zmienić. Skoro ocena wlicza się do średniej, to przedmiot musi być – nie religia, to etyka. Tylko kto tej etyki ma uczyć? Jedynymi osobami, które miały taki przedmiot wykładowy w czasie studiów, są najczęściej... nauczyciele religii. Pewnie pomysłodawcy uczynienia z lekcji religii pełnoprawnego przedmiotu w szkole nie przewidzieli takiej sytuacji.

Wieje nudą
To tylko kolejna odsłona „problemów” z lekcją religii. Kiedy w 1993 Stolica Apostolska i Rzeczpospolita Polska podpisały konkordat, religia wróciła do szkół już na dobre (art. 12 konkordatu mówi: „Uznając prawo rodziców do religijnego wychowania dzieci oraz zasadę tolerancji Państwo gwarantuje, że szkoły publiczne podstawowe i ponadpodstawowe oraz przedszkola, prowadzone przez organy administracji państwowej i samorządowej, organizują zgodnie z wolą zainteresowanych naukę religii w ramach planu zajęć szkolnych i przedszkolnych.”) Uczniowie jednak nie zakochali się w tych zajęciach. Większość traktuje je jako zło konieczne – nie warto narażać się rodzicom w domu, a w szkole na wytykanie palcami. Uczniowie wciąż narzekają, że nauczyciele nie są kompetentni, a lekcje są nudne. „Nauczyciele w większości są słabo wykształceni. Ukończyli teologię, ale nie wiedzą, jak prowadzić lekcję. Zdaje się, że nie pamiętają nic ze swoich studiów” – przyznaje Jula, licealistka. Bo i na studiach teologicznych nauczycieli religii raczej się nie kształci – można dodatkowo skończyć kurs katechetyczny, ale właśnie – katechetyczny.

Lekcja religii czy katecheza?
Do dziś spierają się znawcy katechetyki czy te 45 minut w szkole, gdzie opowiada, częściej czy nie, się o Bogu, jest lekcją religii czy katechezą. Od kiedy religia jest w szkole, w większości parafii zrezygnowano ze spotkań katechetycznych przy kościele. Zadbać o rozwój religijny i duchowy młodych ludzi mają nauczyciele religii (katecheci?) i rodzice (co zależy od ich osobistej religijności). Zwolennicy rozdziału tych dwóch pojęć wskazują, że katecheza ma wychowywać, skupić się na praktyce, a katecheta jest świadkiem Ewangelii; lekcja religii jest skupiona na nauczaniu, a nauczyciel ma tylko przekazywać teorię. Taki model funkcjonuje we Włoszech i w Niemczech.
W Polsce przyjęło się już, że lekcje religii nazywa się katechezą. Nawet pismo dla nauczycieli tego przedmiotu nosi tytuł „Katecheta”. Propagatorzy koncepcji połączenia lekcji religii i katechezy odwołują się do tekstu Dyrektorium Ogólnego o Katechizacji, w którym zapisane jest, iż nie istnieje tylko jeden obowiązujący model, a dopuszczony pluralizm ma odpowiadać uwarunkowaniom w danym kraju. Także Jan Paweł II często używał zamiennie pojęć „katechizacja”, „nauczanie religii” i „katecheza”.

***
Kiedy sama wspominam kilkanaście lat mojej edukacji na lekcjach religii, to łapię się za głowę. Zwątpić i całkiem obrazić się na Kościół i Pana Boga nie pozwolił mi tylko mój zdrowy rozsądek i dom rodzinny. Jak większość polskich nastolatków uważam ten czas za, najczęściej, stracony. I choć miałam często ocenę celującą z tego przedmiotu na świadectwie, to ciągle towarzyszyło mi takie przykre uczucie, że nie jest to ani katecheza, jak pisałam przez lata w zeszycie, ani lekcja religii, czyli przedmiot, na którym ktoś mi przekazuje konkretną wiedzę. I raczej to powinno zaprzątać biskupów i osoby odpowiedzialne za nauczanie religii czy katechezę.

 

Decydujące starcie?
Tomasz P. Terlikowski
Ujawnienie przez media wystąpienia kard. Stanisława Dziwisza na temat Radia Maryja daje (niewielką) nadzieję na jakieś rozwiązanie problemów związanych z rozgłośnią. I to nie dlatego, że coś się realnie zmieniło, ale dlatego, że utrzymanie toruńskiego status quo oznaczałoby osobistą przegraną metropolity krakowskiego.
Sytuację zmieniło więc nie tyle samo wystąpienie kardynała na zamkniętych obradach biskupów diecezjalnych, ale fakt, że „Tygodnik Powszechny” (i niemal równocześnie „Rzeczpospolita”) zdecydowały się to wystąpienie ujawnić. W ten sposób głos w dyskusji, który mógł spokojnie i bez szkody dla nikogo zostać przez biskupów zignorowany, stał się publicznym stanowiskiem, zapowiedzią kroków, o realizację którego metropolita krakowski będzie pytany, i z którego będzie rozliczany. Jeśli w Radiu Maryja nic się nie zmieni – to będzie to oznaczać ostateczny koniec marzeń o tym, że sekretarz Jana Pawła II, stanie się znaczącym na polskiej mapie kościelnej „graczem”; jeśli jednak uda się doprowadzić do rezygnacji ojca Tadeusza Rydzyka i całego zarządu, to bezapelacyjnie wkroczy do pierwszej ligi polskiego Episkopatu i będzie mógł walczyć o miano lidera polskiego katolicyzmu.
Na ten osobisty (ale właśnie dlatego dający nadzieję na determinację kard. Dziwisza i tych z biskupów, którzy myślą podobnie jak on) charakter obecnego konfliktu (bo trudno już mówić tylko o sporze, gdy metropolita krakowski mówi o zagrożeniu jedności Kościoła) nakładają się jeszcze teologiczne jego podstawy. Oto bowiem przed hierarchami Kościoła staje pytanie, czy w prowadzonej przez nich (no właśnie, czy jeszcze przez nich?) wspólnocie ważniejszy jest autorytet urzędu czy też osobista charyzma? Co ma być ważniejsze niewątpliwy charyzmat zakonnika, który dla wielu ludzi i środowisk zrobił wiele dobrego, ale który szkodzi jedności Kościoła, czy też autorytet i dobro instytucji? Tak sformułowany problem teologiczny, ale również zaangażowanie w sprawę kard. Dziwisza pozwala stwierdzić, że ojciec Tadeusz Rydzyk i jego przełożeni, mają rzeczywiście problem. Ale wcale nie oznacza to, że w sprawie toruńskiej rozgłośni nastąpił już, od tak dawna oczekiwany, przełom.
O tym ostatnim będzie można mówić dopiero wtedy, gdyby list do generała redemptorystów, o którego napisanie zabiegał kard. Dziwisz, rzeczywiście powstał, i gdyby miał on choć w niewielkim stopniu kształt wyznaczony przez wystąpienie metropolity krakowskiego. A na to nadzieje z każdym dniem słabną. Abp Józef Michalik już zapowiedział, że ujawnienie postulatu kard. Dziwisza oznacza, że „sprawa listu przestała być aktualna”, ale nawet gdyby on powstał – to i tak powinien być przyjęty przez Konferencję Episkopatu w całości, a tam szanse na przeforsowanie jakiegokolwiek dokumentu, który zdecydowanie, jednoznacznie i otwarcie mówił o jakimkolwiek problemie, są bliskie zeru. Jeszcze mniejsze jest prawdopodobieństwo powstania listu, który coś otwarcie i szczerze mówił o problemie Radia Maryja. Tym bardziej, że dla niemałej grupy polskich biskupów (których liderem stał się ostatnio abp Sławoj Leszek Głódź) problemu takiego „nie ma”. Istnieje natomiast problem marudnych publicystów, świeckich katolików i niepokornych księży, którzy domagają się rozwiązania pozornych problemów.
Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem dalszych wydarzeń jest zatem – testowane po wielokroć – przeczekanie. Najpierw dokument musi powstać (a to można opóźniać przez miesiące), później trzeba go przyjąć i rozpatrzyć. Na etapie dyskutowania i redagowania – list może całkowicie zmienić swój charakter. A wreszcie trzeba go przegłosować. Wszystko to razem może trwać miesiącami. Aż wreszcie media stracą zainteresowanie problemem i dadzą spokój. Wtedy będzie można już spokojnie odłożyć sprawę ad acta. Gdy dziennikarze znowu do tematu wrócą (ojciec Rydzyk jest niezawodny, na pewno da im do tego powodu) można będzie zawsze przypomnieć, że komisja istnieje, a list powstaje.
Taki kierunek byłby niezwykle na rękę najbliższych współpracowników ojca Rydzyka, skupionych wokół niego m.in. dlatego, że bez wahania broni on wszystkich, którzy mają jakiekolwiek problemy z własną przeszłością. I bez wątpienia w takim kierunku będą zmierzać starania arcybiskupów Głódzia i Michalika czy biskupów Dydycza, Stefanka i Meringa. To, co udawało się tyle razy, nawet gdy ojca Rydzyka upominał Benedykt XVI, może przecież udać się raz jeszcze.
Ale teraz na drodze do takiego „rozwiązania” problemu toruńskiej rozgłośni może stanąć osobiste zaangażowanie kard. Stanisława Dziwisza. Hierarcha ten nie jest może najlepszym mówcą, ale doskonale potrafi prowadzić kościelną politykę. I ma świadomość, że wycofanie się w tej chwili z rozgrywki oznaczałoby już nie tylko oddanie pola, ale wprost rezygnację z wpływu na duszpasterską linię Kościoła w Polsce. Albo ujmując rzecz jeszcze bardziej wprost: kard. Dziwisz ma świadomość, że jeśli w rozgrywce z o. Tadeuszem Rydzykiem przegra, to przestanie się absolutnie liczyć w kościelnej polityce, a linię Episkopatu kształtować będzie do spółki z abp Głódziem ojciec Tadeusz Rydzyk. To zaś oznaczałoby koniec Kościoła Wojtyły w Polsce. Na to zaś kard. Dziwisz zgodzić się nie może. Nie tylko ze względu na własną sytuację, ale także ze względu na pamięć po Janie Pawle II.

Autor jest publicystą
„Rzeczpospolitej”.

 

Tworzyć z pasją
Sławek Fiedkiewicz
Pochodzą z różnych stron Polski. Do Londynu przyjechały tylko na chwilę – podszkolić się w języku angielskim. Minęło kilka lat, a one nadal tu są. Marzena ukończyła London College of Communication, Agata – Univeristy of Greenwich. Dwie różne szkoły, jeden wydział – fotografia.
Pod koniec studiów Agata Smużniak zrealizowała niewielki projekt dotyczący nowej fali emigracji. Choć fotografie były udane, pozostał pewien niedosyt. – Wiedziałam, że ten temat potrzebuje szerszego ujęcia – mówi Agata. – Po skończeniu studiów postanowiłam znaleźć ludzi, którzy – podobnie jak ja – również chcieli zająć się tematem emigracji.
Pewnego razu Agata przeczytała w „Gońcu Polskim” artykuł o Marzenie Żołądź i jej fotograficznym projekcie dotyczącym POSK-u. – Czułam, że to jest właśnie ta osoba, której szukałam. Skontaktowałam się z Marzeną i już podczas pierwszego spotkania obie wiedziałyśmy, że chcemy zrobić coś wspólnie.

Sztuka przede wszystkim
Cel jest prosty: zebrać ludzi profesjonalnie zajmujących się fotografią. Obie dziewczyny są pewne, że w stolicy Wielkiej Brytanii Polaków poważnie zajmujących się sztuką nie brakuje.
Zarówno Agata, jak i Marzena mają już za sobą wystawy swoich prac w Londynie. Chcą jednak czegoś więcej, czegoś, co zainteresuje także i angielskiego widza.
– Polscy artyści w Londynie prezentują swoje prace przede wszystkim rodakom. My chciałybyśmy wyjść z tego „rodzinnego kręgu” – mówią zgodnie młode fotograficzki. – Mieszkamy przecież w jednym z najbardziej wielokulturowych miast świata. Zależy nam na tym, by nasze prace docierały także do innych nacji.

W jedności siła
Pod koniec września Agata i Marzena (wraz z grupą przyjaciół – Kasią Dorocińską, Piotrem Różańskim, i Frankiem Strzeszewskim) planują zorganizować pierwsze spotkanie polskich fotografików. Zależy im na ludziach kreatywnych, twórczych, pełnych ambicji. W założeniu organizatorek mają to być spotkania cykliczne; wspólne oglądanie i omawianie fotografii, gorące dyskusje, wymiana doświadczeń. Wszystko po to, by lepiej się poznać i zrozumieć innych twórców.
– Mamy nadzieję, że te spotkania zjednoczą i zbliżą do siebie polskich fotografików w Londynie – mówi Marzena. – Kolejnym etapem ma być wspólna, zbiorowa wystawa pod nieco przewrotnym tytułem „Polish DeConstruction”. Chciałybyśmy pokazać jak my, Polacy czujemy się w Londynie. Opowiedzieć fotografiami o naszej adaptacji, o naszym spojrzeniu na to miasto, pokazać relacje Polaków z Anglią. Spróbować obalić stereotypy.
Agata i Marzena są zgodne, że wystawa musi zostać zorganizowana w uznanej galerii. Popularne miejsce, profesjonalna prezentacja – oto klucz, aby dotrzeć także do widza angielskiego.

Oczy szeroko otwarte
Dziś trudno powiedzieć, kiedy „Polish DeConstruction” ujrzy światło dzienne. Za miesiąc? Dwa? A może za pół roku? – Dajemy sobie czas, pośpiech nie jest wskazany – mówi Agata. – Chcemy znaleźć sponsora, odpowiednie miejsce, a przede wszystkim – dobre zdjęcia. Mamy już wizję tego, jak ta wystawa ma wyglądać. Mamy już część zdjęć, które chcemy pokazać. W tej chwili zależy nam jednak na tym, by znaleźć kolejnych fotografów. Ludzi, którzy jak my, mają oczy szeroko otwarte – na Londyn, na emigrację, na wszystko to, co warte uwiecznienia fotograficznym aparatem.


Wszyscy zainteresowani projektem „Polish DeConstruction” proszeni są o przesyłanie swoich danych kontaktowych na adres: polskinetwork@hotmail.com


 

Maleńki, zasuszony Mamut
Jacek Przechodzień
Głęboko w podświadomości polskich inteligentów (a słowem tym określić można starzejące się resztki tego gatunku, które napotkać można wśród zwałów kurzu wymiatanego spod szaf bibliotecznych, w postaci maleńkich, zasuszonych mamutów) tkwi obraz wyznaczający miejsce właściwe dla polskiego inteligenta raz na zawsze. A żeby wprawić się we właściwy nastrój, pamiętajmy, że „zawsze” tego gatunku właśnie się kończy. Jest to obraz Jana Matejki o długim tytule: „Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska”.
Jak pamiętamy wszyscy… Jak pamiętają niektórzy z nas… Jak być może ktoś jeszcze pamięta… Jak pamięta każdy zasuszony mamut, obraz ten przedstawia Stańczyka w stroju błazeńskim i czerwonym, siedzącego w przydużym renesansowym fotelu. Błazen siedzi ze splecionymi dłońmi, wsparty łokciami na poręczach fotela tak wysokich, iż uniesienie łokci sprawia, że pochylona postać zapada się w sobie. Broda spuszczona na pierś i wyciągnięte, bezwładnie rozsunięte nogi sugerują smutek, ten sam, który wyraziście maluje się w oczach trefnisia. Mistrz Matejko z nieco nudną pedanterią wyjaśnia w tytule, że źródłem tego smutku jest leżące na stoliku pismo, zawierające wieści o utracie Smoleńska. Na drugim planie, w tle frasobliwego Stańczyka, majaczy scena balu. Baluje – rzecz jasna, z karygodną beztroską – ówczesna klasa polityczna, która, rzecz jasna, nie dorasta do wyzwań historii.
Symbolika i dydaktyczna wymowa dzieła Matejki jest odrobinę bardziej skomplikowana od konstrukcji cepa, ale jej oddziaływanie jest równie jednoznaczne jak cios cepem po łbie. Oto mamy postać smutnego błazna (błazen czy kapłan? patrz: Leszek Kołakowski) czyli mędrca (Kołakowski i Wyspiański) bezsilnie biadającego nad narodowym nieszczęściem (czymże Ojczyzna nasza będzie bez Smoleńska?), podczas gdy możni tego świata oddają się głupim rozrywkom (O cześć wam panowie magnaci patrz: Gustaw Ehrenberg). Nad całością unosi się duch moralnej wyższości i historycznej racji stojący całkowicie po stronie błazna. Ducha akurat artysta nie musiał malować; wystarczyło, że dał Stańczykowi rysy swojej twarzy. I tak skromnie, bo Jacek Malczewski z uporem portretował siebie, jako Chrystusa.
Legendarna postać Stańczyka została wpisana w równie legendarną genealogię polskiego inteligenta w wieku XIX. Odbyło się to z niemałym udziałem mistrza Jana Matejki. Inteligencja, identyfikując się z tym obrazem, manifestem bolejącej safandułowatości, mogła znaleźć w dziele Matejki (albo w postaci Stańczyka z „Wesela”) bogate źródło usprawiedliwień dla własnej politycznej impotencji. Impotencji, która nigdy zresztą nie rezygnowała z prawa do wystawiania cenzurek, a zwłaszcza do „mienia za złe”, co jest ukochanym zajęciem starych ciotek. Pokolenia flirtujących z polityką intelektualistów odwracały się ze wstrętem od balującej sceny politycznej i notowały w sztambuchach swoje wyrafinowane patriotyczne cierpienia z powodu utraty rozmaitych Smoleńsków.
Ach jakże miło poczuć się Stańczykiem! Cóż za przyjemność zasiąść w przydużym renesansowym fotelu i wyposażyć we własne rysy moralnie i intelektualnie zwycięską postać.
Tymczasem, w tle postaci, balująca klasa polityczna zmieniała się i zmieniała. Królewskiego dworu nie było dawno, przemknęli pułkownicy (fe!), endecy (a fe! a fe!), nastała okupacja, (Stańczyk poszedł do wojska i większości wyginął). Nadeszli komuniści. Był to ciekawy rodzaj chama. Niebezpieczny, ale szacunek dla inteligencji miał ogromny. Prawie każdy młody poeta miał stypendium i kilku esbeków na karku. Za komuny siedzieć w przydużym renesansowym fotelu ze zbolałą miną było chyba najprzyjemniej. Komuna liczyła się z każdym listem i podpisem. Ginący gatunek polskiego inteligenta nieźle się czuł w peerelowskim rezerwacie. Aż wreszcie, na chwilę, Stańczyk wstał z fotela, stanął w drzwiach sąsiedniej sali, spojrzał na balujących i jął, doprowadzony do nerwowego kresu nudą i dusznością rezerwatu, obsobaczać dwór, królów czy tam sekretarzy. Wokół Stańczyka zaś kłębił się naród. No, i wybuchła wolność. Po wybuchu, Stańczyk na chwilę przyłączył się do balu. Niestety, balowano, jakoś nie tak, jak trzeba. Stańczyk nigdy nie mógł zatańczyć w pierwszej parze, choć marzył, by być wodzirejem. Wrócił więc, nieszczęsny (mniej więcej wtedy, kiedy Mazowiecki przegrał z Tymińskim), na fotel i obrażony usiadł plecami obrócony do wszystkich, a zwłaszcza balującej klasy politycznej. Powoli wyrastały mu długie, bezsensowne kły, których nikt się nie bał. Trąba, która strasznie chrypiała, długa sierść, której nie miał jak rozczesać. A przy tym sechł i zmniejszał się z każdym rokiem. Maleńki, zasuszony i zmamuciały, szykował się do wyginięcia.
Wszystko to przyszło mi do głowy ostatnio, kiedy ktoś (była to chyba ukraińska sprzątaczka, która w Warszawie pełni rolę polskiej sprzątaczki w Londynie) wymiótł mnie spod szafy, razem z kurzem (z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej; patrz: Ujejski). Patrząc w lustereczko, przetarłem z wierzchu kły, podniosłem trąbę i stwierdziłem, że bardzo przypominam Stańczyka. Maleńkiego, zasuszonego Stańczyka. Usiadłem więc w fotelu i oddałem się jednej z ulubionych czynności polskiego inteligenta. Zacząłem się samobiczować, jęcząc z zapałem nad swoją dolą. W sąsiedniej sali klasa polityczna tańczyła coraz bardziej dziko, wrzeszcząc Uuu! Haaa!

 

 Księgarnia Polska
 VERITAS
 63 Jeddo Road
 London W12 9EE
Godziny otwarcia:
Pon-Pt 9-18
Katolicka Agencja Informacyjna
Opoka laboratorium wiary i kultury
Stolica Apostolska Watykan
Biblia; niekomercyjny serwis biblijny
Katechizm Kościoła Katolickiego
Catholic Church in England and Wales
Catholic World News